Koncepcja autonomicznych autobusów przestaje być odległą wizją rodem z opowieści fantastycznych, a staje się realnym elementem miejskiego krajobrazu. Pojazdy pozbawione kierowcy poruszają się po wyznaczonych trasach, reagując na sygnalizację świetlną oraz pieszych w sposób zaprogramowany przez konstruktorów. Dla pasażera podróż takim transporterem wygląda z pozoru normalnie, choć za kulisami pracuje cały szereg czujników i algorytmów, które nieustannie analizują otoczenie.
Zwolennicy tego rozwiązania podkreślają pewność wynikające z wyeliminowania błędu ludzkiego, który bywa główną przyczyną stłuczek na jezdniach. Maszyna nie rozprasza się, nie okazuje znużenia za kierownicą i nie popełnia wykroczeń wynikających z pośpiechu. Z drugiej strony krytycy zwracają uwagę na sprawy związane z odpowiedzialnością w razie zdarzenia drogowego oraz na konieczność stworzenia dokładnych map cyfrowych obejmujących każdy zakątek aglomeracji.
W praktyce autonomiczne busy kursują już w wybranych dzielnicach dużych metropolii, wożąc pasażerów na niewielkich odcinkach, na przykład między dworcem a terenem uczelni. Ich obecność na ulicach budzi zainteresowanie przechodniów, którzy nierzadko zatrzymują się, by przyglądać się pojazdowi sunącemu bez szoferskiej ingerencji. Przeżycie jazdy takim transportem bywa zaskakująco gładkie, ponieważ system zwalnia i przyspiesza z delikatnością, której niejeden szofer mógłby pozazdrościć.
Nie brakuje jednak opinii, że rozwiązanie techniczne wymaga jeszcze dopracowania, zwłaszcza w sytuacjach nietypowych, takich jak usterka sygnalizacji czy nagła modyfikacja organizacji komunikacji. Inżynierowie przekonują, że wszelki scenariusz jest drobiazgowo testowany, a pojazdy uczą się na zdarzeniach z rzeczywistych tras. Przyszłość autonomicznej łączności miejskiej rysuje się więc jako stopniowe włączanie maszyn do floty obok konwencjonalnych autobusów i wagonów szynowych.